
8 września 2008 -
Z pamiętnika Bogumiła - relacja z finału X-Fighters
Kiedy parę miechów temu ktoś mi powiedział, że red bull robi ostatnią, finałową
rundę x-fightersów na stadionie X-lecia, parsknąłem śmiechem. Tymczasem 45 dni
roboty, 540 wywrotek gleby, Schodek w ekipie budowlanej, dwa dni treningów, a
ja nadal nie mam biletów. Mówię, że te dwie sesje treningowe, na które miałem
akredytkę mi wystarczą.
Sobota; godzina 17 z minutami; Polska gra piach z marną
Słowenią. W końcu dzwoni Pawelec i mówi, że ma dwa bilety dla mnie. Niecałą godzinę
później siedzę już na sektorze D2. Powoli wypełniający się stadion robi zgoła
inne wrażenie niż za dnia podczas jazd (lotów) próbnych. Tor jest naprawdę imponujący.
Sądzę, że zawodnicy nie jeździli do tej pory na równie fajnym. Cztery hopy w
ciasnym rytmie i na koniec quarter. Każdą z hop można fikać
w dwie strony. Do
tego dwa boczne kickery i kawałek do jazdy na czas
- z falkami, step upem i step
downem.
O dwudziestej na telebimach leci stara kronika filmowa. Pokazują ostatnie
kawałki wyścigu pokoju. I za chwilę na płycie pojawiają się "prawdziwi" szosowcy.
Chwilę później swoje umiejętności prezentują milicjanci z komendy ruchu drogowego
w Piasecznie. Zgrabnie balansują jadąc we dwójkę na motocyklu z koszem. Inni
funkcjonariusze skaczą na emzetkach trophy
z małych drewnianych hopek.
Organizatorzy
naprawdę się spisali. Czuję, że to będzie niezapomniana imperka. Na trybunie
honorowej siedzą: minister sportu Drzewiecki, Irena Szewińska oraz Ryszard Szurkowski.
Jest cudnie! Czas jednak zacząć prawdziwą jazdę.
Na początek czterech czołowych zawodników cyklu zawalczy o generalkę.
Są to Mat Rebeaud (SUI), Dany
Torres (SPA), Jeremy Lusk (USA)
i Robbie Maddison (AUS). Będą startować w parach.
Lepsi awansują do finału. Przegrani pojadą o trzecie miejsce.
Lecą naprawdę grube tricki. Piękne heart attacki, tsunami, indian
airy i oczywiście flipy w kombinacjach. Najlepszy okazał się
młody Hiszpan. Popisał się m.in. flipem z lazy boy'em i kapitalnym
whipem. Przyznam, że ten trick robi kolosalne wrażenie a zrobienie
go w takim stylu jak Torres to najwyższa szkoła jazdy.
Dwa razy
zląkłem się podczas tego wieczoru. Pierwszy raz - kiedy Torres
zrobił tego whipa. Nie wiedziałem o co biega. Bałem się, że robi
360 i nie zdoła tego zlądować. Wcześniej glebę zaliczył Lusk.
W ostatnich sekundach przejazdu nie do końca wiedział co ma zrobić
w trakcie lotu. Wyglądało to jak superman ale za bardzo przechylił
się do przodu i nie zdołał wrócić na podnóżki. W rezultacie zahaczył
głową o błotnik i lądował klatką piersiową na baku i chwilę później
pyskiem na glebie. Na szczęście sam się podniósł i wrócił do
rider's corner.
W walce o trzecie miejsce na ostatniej hopie
lekko zwhipował (nieintencjonalnie) i znów leżał. Tego wieczoru
już nie wystąpił. Jak się potem okazało pojechał do szpitala
na badanie obojczyka. Zastanawiam się czy aby dzień wcześniej
nie przeholował z alkiem.
Tę część rywalizacji wygrał Torres.
Całkowicie zasłużenie. Jego flipy były perfekcyjne. Drugi był
Australijczyk Maddison - rekordzista w skoku na odległość - 107
metrów. W Warszawie hopy miały po 25 metrów i najeżdżało się
na nie na dwójce. Trzeci był Rebeaud a czwarty - pechowiec Lusk.
Teraz rozpoczyna się super session. Nowa formuła zawodów red
bulla - zawody drużynowe w czterech różnych konkurencjach. Na
początek skok wzwyż, tzw. step up. Kapitanem drużyny czerwonych
jest Bartek Ogłaza i to on jako pierwszy. Odpada z walki. Nie
zaliczył pierwszej wysokości - 7m. Będąc sportowcem daleki jest
od krytkowania innych zawodników ale zastanawiają mnie słowa
Bartka, który przed zawodami przekonywał, że ostro trenował ze
swoim ziomkiem Liborem Podmolem u niego na hopach. Tymczasem
dzień po zawodach powiedział, że tak naprawdę w ogóle nie trenował
step up! Konkurencję tę wygrał 31-letni Amerykanin Ronnie Renner
(ps. who is your daddy). Fiknął czterosuwowym KTM-em na wysokość
9.6 metrów. Jego rekord świata wynosi 11 metrów.
Kolejną konkurencją
był quarter. Na quarterze równych sobie nie miał również Renner.
Skakał najwyżej i robił najlepsze whipy. Potem rozegrano wyścig
dwójkami w konkurencji speed & style. W tej konkurencji wygrała
drużyna Travisa Pastrany. Legenda tego gościa dotarła nawet do
Polski. Publiczność długo wiwatowała na jego cześć a on pięknie
zaprezentował się wyścigu, którego zasad nie do końca kumam do
dziś. W każdym razie Travis jechał razem z Podmolem. Widać, że
Czech to nowicjusz w porównaniu z Pastraną. Nie mniej jednak
kiedy obydwaj niemal równolegle zrobili flipa na pierwszej hopie
35 tysięcy kibiców oszalało. Travis, który ścigał się w super
crossie pięknie fikał na falkach i wygrał z dużą przewagą. Ta
konkurencja również padła łupem drużyny Travisa.
Potem na telebimie
pokazują relację z dożynek a na płycie stadionu pojawiła się
ekipa taneczna "Mazowsze". Naprawdę pełen respekt dla pomysłodawcy.
Zagraniczna publiczność musiała mieć niezły ubaw. Zwłaszcza,
że zespół tańczył do muzyki Tadeusza Sygietyńskiego oraz utworu
"song two"
z repertuaru Blur.
Na sam koniec została jeszcze
tylko klasyczna konkurencja FMX. Tutaj najlepsze - według mnie
- wrażenie pozostawił Thomas Pages z Francji. To zawodnik rezerwowy,
który stosunkowo krótko trenował. Zwrócił moją uwagę już na sobotnim
treningu. Występował bowiem w pomarańczowych luźnych spodniach
i białym, gładkim t-shircie! Z ekwipunku motocyklisty stylu wolnego
miał kask, gogle, buty i chyba rękawiczki a kręcił ładne tricki
i jako jedyny poza Torresem zrobił naprawdę dobrze skręconego
whipa.
Jak zawsze na takich zawodach przyszedł czas na dekorację
zwycięzców.
W tłum poleciały rękawiczki, gogle, koszulki i sam
Pastrana, który zrobił coś a la stage diving tyle, że bez sceny.
To wyjątkowo fajny gość. Potrafi jak mało kto rozbawić widownię.
A ta warszawska podobała mi się bardzo. Wiele zawodów już oglądałem
i na ogół publiczność nie potrafiła przekazać swojej energii
zawodnikom. Tym razem było inaczej. Okazuje się, że polska publiczność
zna się na FMX. Teoretycznie niegrube tricki były nagradzane
owacyjnie - tak samo jak flipy.
Każdą kasę warto było wydać,
aby pojawić się tego wieczora na stadionie. Najtańsze bilety
na płytę kosztowały u koników 500 zeta! Na koniec
z Blondynem i Pytonem ok. drugiej w nocy pojawiliśmy się na Foksal gdzie
odbywało się głośne after party w klubie SARP. Po krótkiej analizie
sytuacji fiknęliśmy przez wysokie ogrodzenie gdzie czekali na
nas Rudy z Pawulonem
i hektolitry ciężkiego alkoholu. Do dziś,
mimo, że od tamtego wieczoru upłynęło już przecież 3 dni, mam
ciężkiego kaca.
wstecz
|
|